Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystko powracało do dawnego stanu, ale już nie powróciła do chałupy dawna radosna wrzawa, ten spokój wewnętrzny i ta cicha, głęboka dufność!
Było jak z tym garnkiem rozbitym, co choć odrutowany i zgoła cały się widział, a gdziesik cieknął i przepuszczał wodę w takiem miejscu, że i pod światło nie rozpoznał.
Tak i w chałupie się widziało, bo przez oną zgodę, nierozeznanemi szparutkami ciekły przyczajone nieufności, żale przypłowiałe ździebko, ale żywe jeszcze i zgoła nie zabite jeszcze podejrzenia.
Stary bowiem, mimo najszczerszych usiłowań, nie zatracił w sobie nieufności i prawie mimowoli a dawał ciągłe baczenie na każdy ruch Jagny, ona zaś, ani na to oczymgnienie nie zapomniała mu tych złości i srogich słów, wrzała wciąż odemstą, nie mogąc uciec z pod tych jego przenikliwych, stróżujących oczów.
Może i dlatego, że pilnował i nie wierzył jej, znienawidziła go jeszcze barzej, a coraz potężniej wydzierała się do Antka.
Tak się już umiała zmyślnie urządzać, że co parę dni widywała się z nim pod brogiem. Pomagał im w tem Witek, któren całkiem serce stracił do gospodarza za tego boćka, a przylgnął do Jagny, że to mu i teraz dawała lepsze podwieczorki, więcej omasty, a często gęsto i parę groszy kapnęło od Antka. Ale głównie pomagała im Jagustynka; tak się umiała wkraść w łaski Jagny i tyle zaufania wzbudziła w Antku, że prosto nie było sposobu widywania się bez jej pomocy. Ona to nosiła wieści między nimi, ona stróżowała przed starym