Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nachylił się do niego, chciał głaskać, ale bociek się nie dał ruszyć, przekręcił szyję i boczkiem, czająco znów godził w księże buty.
— Wiecie, tak mi się podoba, że chętniebym go kupił od was, sprzedacie?
— Cóżbym tam miał sprzedawać, chłopak go wnet zaniesie na plebanję.
— Przyślę po niego Walka.
— Nie da się on tknąć nikomu, tylko jednego Witka słucha.
Zawołali chłopaka, ksiądz mu dał złotówkę i polecił przynieść o zmroku, skoro wróci z objazdu, ale Witek uderzył w bek i zaraz po wyjściu księdza zabrał boćka do obory i tam ryczał prawie do wieczora, że stary musiał go przyciszać rzemieniem, przypominając odniesienie ptaka. Juści, chłopak usłuchać musiał, ale serce skwierczało mu z żalu i boleści, nawet rzemieni zbytnio nie czuł, chodził kiej ogłupiały, z zapuchłemi od płaczu oczami, a jak ino mógł, dopadał boćka, ogarniał go ramionami, całował a żałosnym płaczem się zanosił...
O zmierzchu zaś, kiej ksiądz już ze wsi powrócił, okrył boćka w swoją kapotę, by go uchronić od mrozu, i do spółki z Józką, ptak bowiem był ciężki, popłakując rzewnie, ponieśli go na plebanję, a Łapa pobiegł z niemi i też coś markotno szczekał.
Stary, im dłużej rozważał słowa księdza i te jego szczere zapewnienia, tem więcej się rozjaśniał, uspokajał i zwolna, niepostrzeżenie zmieniał swoje postępowanie z Jagusią.