Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dze słychać było krzyki. Nie pomagało to wiele, to na złość zaczęła wszystko robić.
Do Józki przyczepiała się na każdym kroku a tak nieraz boleśnie karciła, że dziewczyna z płaczem biegała się skarżyć. Nic to nie pomagało, bo jeszcze barzej piekłowała, skoro nie szło po jej woli. Wieczorami zaś umyślnie się przenosiła na drugą stronę, ostawiając starego w pierwszej izbie; tam Pietrka niewoliła do grania, przyśpiewując mu do wtóru różne piosneczki dopóźna w noc; to znowu w niedzielę przystroiła się, jak ino mogła najlepiej, a nie czekając na męża, sama poszła do kościoła, wystając po drogach z parobkami.
Stary się zdumiewał tą przemianą, wściekał ze złości, próbował się nie dawać, zapobiegał, by się to po wsi nie rozniesło, nic jednak nie poradził na jej humory, a coraz częściej, dla świętego spokoju, ustępował.
— Moiściewy! barankiem się widziała, tą owieczką pokorną, a teraz okoniem stawa! — wykrzyknął raz do Jagustynki.
— Chleb ją rozpiera i ponosi! — odrzekła z oburzeniem, bo zawsze temu przytwierdzała, kto z nią radził. — Ale to wam powiem, że póki czas, trza czemś twardem wyganiać humory, bo potem i kłonicą nie poradzi!
— Nie jest to we zwyczaju Borynów! — powiedział wyniośle.
— Widzi mi się, że i u Borynów do tego przyjdzie! — szepnęła złośliwie.
Jakoś w parę dni potem, zaraz po Gromnicznej,