Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzić! Zrób tak, a wnet mi podziękujesz! A co tam pyskują na ciebie i Antka, do serca nie bierz, żebyś jak ten młody śnieg — była, sadzy się dowidzą! Na świecie jest takie urządzenie, że któren się da, to mu i kiwnąć palcem nie przepuszczą, a któren nie stoi, co o nim powiadają, mocny jest a hardy, to może robić, co mu się żywnie podoba. Nikt nawet słówkiem nie piśnie naprzeciw, a łasić się będą kiej pieski! Do krzepkich należy świat wszystek, do nieustępliwych a zawziętych! Na mnie się dosyć wygadywali, dosyć, a na twoją matkę też, że to z tym Florkiem wiadomo było...
— Nie tykajcie matki!
— Niech ci ta świętą ostanie! Prawda i to, że każden potrzebuje świętości jakiejś.
Długo jeszcze prawiła, nauczała ją, a zwolna, choć i niepytana, rozpowiadała o Antku, co ino mogła wymyślić! Słuchała tego chciwie Jagusia, nie zdradziwszy się jednak ani słówkiem, ale rady owe mocno wzięła do głowy i cały dzień deliberowała nad niemi! Wieczorem zaś, kiedy był Rocho, kowal i Nastka, rzekła do starego:
— Dajcie-no klucze od skrzyni, muszę szmaty przewietrzyć.
Dał przywstydzony nieco, bo Nastka śmiechem buchnęła, ale mimo to, gdy skończyła przekładanie, wyciągnął rękę po klucz.
— Same moje są tam szmaty, to już sama se przypilnuję! — powiedziała hardo.
I od tego wieczora zaczęło się piekło w chałupie! Stary się nie przemienił, ale i ona nie ustępowała, na słowo odpowiadała taką kopą a tak głośno, że na dro-