Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Zorzę“ czytywał, to jął naucznie i kiej z książki prawić, że gwałtu nie można czynić, bo wda się w to sąd i, prócz kozy, nikt więcej nie wskóra, że trzeba, aby wieś sprowadziła z miasta adwokata, a tenby wszystko po sprawiedliwości wyrychtował.
Nie chcieli go słuchać długo i jaki taki przekpiwał. Ozeźlił się też srodze i powiedział:
— Na ojców wyrzekacie, że głupie, a sami ani za grosz pomyślenia nie macie a jeno jak te dzieci, co jeszcze bałykują, cudze powtarzacie!
— Boryna z Jagusią i dzieuchami! — zauważył któryś.
Antek, któren chciał coś odpowiedzieć Grzeli, zmilknął i poleciał oczami za Jagną.
Późno przyszli, już po kolacji, bo stary długo się opierał skamleniom Józki i namowom Nastki, czekał aż Jagusia poprosi, ale ona zaraz po obiedzie zapowiedziała ostro, że pójdzie na muzykę, odparł jej ostro, iż się nogą z chałupy nie ruszy, nie poszedł do wójta, to nigdzie nie pójdzie.
Nie prosiła go już więcej, zawzięła się tak, że ani tem słowem więcej się nie odezwała, popłakiwała jeno po kątach, drzwiami trzaskała, wystawała przed domem, na mrozie i ciskała się po chałupie, jak ten zły wiatr, aże mroziło od niej złością, a gdy do kolacji siadali, nie poszła jeść, jeno zaczęła wełniaki ze skrzyni dobywać, przymierzać a przystrajać się.
To i cóż miał stary począć, klął, przygadywał, zapowiadał, że nie pójdzie, wkońcu jeszcze ją sielnie musiał przepraszać i rad nierad powiódł do karczmy.