Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wyprawia to dzisiaj? — zapytał Antek.
— Adyć ojcowie nasi tam siedzą. Sołtys poszedł w kumy z Balcerkową, bo pono stary Boryna się pogniewał i nie chciał — tłumaczył Płoszka.
— A to co za jeden ? — wykrzyknął Balcerek.
— To pan Jacek, dziedzicowy brat z Woli! — objaśniał Grzela, aż powstali, by się przyjrzeć, bo pan Jacek przeciskał się zwolna a oczami kogoś szukał, aż i natknął się na Bartka z tartaku i z nim poszedł pod ścianę, do Rzepeckich.
— Czego on może chcieć?
— Czego, a niczego, tak se chodzi ino po wsiach, z chłopami gada, niejednemu pomoże, na skrzypkach przygrywa, dzieuchy piosneczek uczy, głupawy jest pono.
— Kończno, Grzela, coś zaczął! kończ!
— O lesie zacząłem mówić; moja rada jest taka, aby tej sprawy samym starym nie ostawiać, bo zepsują.
— Cóż, na to jest tylko jedna rada, zaczną las ciąć, całą wsią iść, rozegnać, nie pozwolić dopóty, aż się dziedzic ze wsią nie ugodzi! — rzekł mocno Antek.
— To samo uradzali u Kłęba.
— Uradzali, ale nie zrobią, bo kto pójdzie za nimi.
— Gospodarze pójdą.
— Nie wszystkie.
— Jak Boryna poprowadzi, to i wszyscy pójdą
— Jeno niewiada, czy Maciej zechce.
— To Antek poprowadzi — wykrzyknął zapalczywie Balcerek.
Przytwierdzili mu gorąco wszyscy, jeden tylko Grzela się sprzeciwiał, a że bywał we świecie i gazetę