Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na moją krzywdę i na moje zatracenie! — jęknął cicho i aż się zerwał, tak ognie w nim zagrały na wspomnienie, że ino zaklął i cosik mruczał do siebie.
— Cichoj, ludzie ano posłyszą i roznieść gotowi.
— Bom to co rzekł?
— Juści, inom ja nie dosłyszał, ale mogli drudzy.
— Bo już mi ścierpieć trudno, tak mię tu w piersiach rozpiera, że samo się rwie ze mnie... samo...
— Mówię ci, nie daj się póki czas — radził chytrze, pociągając go zwolna za język.
— Mogę to, kiej kochanie gorsze choroby, ogniem po kościach chodzi, wrzątkiem w sercu bełkocze a taką tęsknością duszę przejmuje, że ni jeść, ni spać, ni robić nic, jenoby człowiek łbem tłukł o ścianę, albo i zgoła życia się pozbawił!
— Abo to nie wiem! Mój Jezus, abom to sam za Jagną nie latał! Ale jest tylko jedna rada na kochanie: ożenić się, a jakby ręką odjął. Znalazłaby się i druga; kiej ożenkiem nie można, dostać kobietę a wnet smak do niej przejdzie i kochanie się skończy! Prawdę ci mówię, przecieżem niezgorszy praktyk! — dowodził chełpliwie.
— A jak i potem nie przejdzie? — rzekł smutnie.
— Juści, któren z za płota postękuje, za węgłami się czai a kiej kiecka zachrzęści, drygają mu kulasy — takiemu rychło się nie przemieni, ale to ciołak nie chłop, za takiego nie dałbym i tego grosza — rzucił pogardliwie.
— Czystą prawdę rzekłeś, ale widzi mi się, że są i takie chłopy, są... — zamedytował się.