Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już nie pamiętam, choć mnie jeszcze plecy bolą... aleś ty chyba krzepciejszy, niźli Wawrzek z Woli?..
— Nie zbiłem go to na odpuście we żniwa, jeszcze się pono lekuje...
— Wawrzona! Powiadali o tem, alem wierzyć nie wierzył. Żydzie, haraku z esencją a w ten mig, bo przetrącę! — krzyknął.
— Ale coś pyskował przed chłopami, to nieprawda? — pytał cicho Antek.
— Nieprawda, przez złość ino gadałem, tak sobie... nie, gdzieby tam zaś... — wypierał się, przeglądając pod światło flaszkę, by mu prawdy z oczów nie wyczytał.
Przepili raz i drugi, potem Antek postawił kolejkę i znowu przepili, i już tak siedzieli wpodle siebie, pobratani zgoła i w takim przyjacielstwie, aż się na karczmie dziwowano temu. Mateusz zaś, że sobie był podpił niezgorzej, pokrzykiwał na muzykę, by raźniej grała, przytupywał, śmiał się na głos do chłopaków, aż przycichnął i jął Antkowi do ucha powiadać.
— Juści i to prawda, że brać ją chciałem przez moc, ale mnie tak pazurami pobronowała, jakby mnie kto pyskiem po cierniach przewlókł. Tyś jej był milszy, wiem o tem dobrze, nie wypieraj się, ty, i bez to na mnie nie chciała patrzeć!.. Trudno wołu wodzić, kiej nie chce sam chodzić; zazdrość mnie kąsała, że i nie wypowiedzieć, hej! Dziewka równa cudu, że i nie naleźć śliczniejszej, a poszła za starego na twoją krzywdę, tego to już wyrozumieć nie mogę...