Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ze stajni dochodziły końskie tupania, to od chałupy szły przytłumione a jazgotliwe rozprawy Józki.
— Rajcuje a ziemniaków nie obiera! — mruknęła i zmilkła nagle, nasłuchując, bo śnieg zaskrzypiał na podwórzu, jakby kto szedł z prawej strony, od szopy, snadź wolno... przystawał nawet... bo przyciszało się na mgnienie... znowu szedł... śnieg trzeszczał coraz bliżej... oderwała głowę i spojrzała w szary otwór drzwi... Zamajaczyła w nim jakaś niewyraźna postać...
— Pietrek!.. — zawołała.
— Cicho Jaguś, cicho!
— Antek!
Struchlała całkiem i tak ją wszelka moc odeszła, że nie wykrztusiła ni słowa więcej, ruszyć się nie mogła, pomyśleć nie umiała, ciągnęła bezwiednie za wymiona jeno, że mleko strzykało na wełniak i na ziemię. Gorąc ją objął i kieby płomień palący wichrem wiał po niej, błyskawicami migotał w oczach a słodkością serce rozpierał, a tak ją cosik ułapiło za grdykę i zatkało piersi, że dziw nie padła umarłą...
— Od samych Godów czatowałem na ciebie, co dnia, w każden wieczór warowałem jak pies pod brogiem, nie wyszłaś... — szeptał.
A ten głos zduszony, namiętny, zapiekły mocą kochania, nabrzmiały lubością, warem ją oblewał, ogniami, słodkością, krzykiem potęgi... Stał nawprost, czuła, że się wsparł na krowie, pochylił i patrzył w nią tak zbliska, aż jego gorący oddech palił ją w głowę.
— Nie bój się, Jaguś. Nikto nie widział, nie bojaj się. A jużem nie zdzierżał, nie poradzę, a to i w dzień,