Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A to wójtowa zległa, rwetes tam niemały, aż Dominikowa przepędza ludzi, tyla się naszło. Trzebaby ci Jaguś zajrzeć do niej jutro.
— A zaraz polecę, zaraz! — zawołała skwapliwie, a w ogniach cała.
— Możesz i zaraz, pójdę z tobą.
— E... to już jutro może... powiadacie, że tyla tam narodu, wolę po dniu, śnieg pada, ćma!.. — tłumaczyła zniechęcona nagle, a on i na to się zgodził i nie nastawał, ile że i weszła akuratnie kowalowa z dziećmi.
— A gdzież to twój?
— Zepsuła się młockarnia we Woli, to go pozwali, bo dworski kowal nie umie sobie poradzić...
— Coś często teraz jeździ do dworu! — rzuciła znacząco Jagustynka.
— Przeszkadza to wama.
— Coby zaś, uważam ino, miarkuję i czekam, co z tego wyjdzie...
Ale na tym się skończyło, bo nikomu nie chciało się wieść głupiej rozmowy la drugich, każdy pogadywał zcicha i leniwie, senność ogarniała wszystkich bezmała z wczorajszego niewywczasowania, że nawet kolację jedli bez smaku, a ino ten i ów z podziwem spoglądał na Jagusię, która gorączkowo uwijała się po izbie, zapraszała do jadła, choć już łyżki pokładli, buchała ni z tego ni z owego śmiechem, to znowu przysiadała się do dziewczyn i rajcowała trzy po trzy, a nie dokończywszy, leciała na drugą stronę, ale już z sieni nawracała zpowrotem. Była w gorączce męczącej, bo pełnej obaw i niepokojów. Wieczór wlókł