Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z żalem się podniosła i wychodziła z drugimi, ale przed kościołem znowu się spotkała z Hanką, która przystanęła nawprost, jakby chciała co rzec, ale ino spojrzała nienawistnie i poszła.
— Wytrzeszcza ślepie i myśli, że mnie tem nastraszy, głupia — pomyślała Jagna, wróciwszy do domu.
Wieczór też już był zapadł, wieczór cichy, omdlały jakiś, świąteczny; mroczno było na świecie, światłości gwiezdne pomdlały w mętnem niebie, że ino gdzie niegdzie tryskał promień jaki, śnieg prószył, opadał zwolna, bez szelestu, migotał za szybami i snuł się nieskończonem, kłaczastem przędziwem.
W izbie było cicho również i nieco sennie. Przyszedł Szymek zaraz z wieczora niby w odwiedziny, a głównie, by się z Nastką spotkać; siedzieli też wpodle i ciche wiedli rozmowy. Boryny jeszcze nie było. Jagustynka siedziała przed kominem, obierając ziemniaki, a po drugiej stronie Pietrek przegrywał zcicha na skrzypicy, ale tak jakoś żałośliwie, że Łapa czasami skomlał i wył przeciągle. Witek też tam siedział z Józką, aż Jagna, którą rozbierało to granie, krzyknęła przez drzwi:
— Przestań, Pietrek, a to się aż na płacz zbiera z tej muzyki.
— Ja tobym spała najlepiej przy graniu — zaśmiała się Jagustynka.
Ale skrzypki ucichły, dopiero po czasie jakimś ozwały się cichutką, ledwie dosłyszaną nutą, z za stajni, bo tam się przeniósł Pietrek i długo w noc grał. Kolacja się też dogotowywała, gdy powrócił stary.