Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Coby zaś miało cieszyć, mało to kłopotów, a tu jeszcze nowe utrapienie.
— Nie wyrzekaj, by cię Pan Jezus nie pokarał.
— A niechta, a niechta!
— Czemuż to się tak wyrzekasz tego, co?
— Bo nie chcę i tyle!
— Przecież, gdyby było dziecko, to w razie śmierci starego, czego Boże broń, do zapisu i jego częśćby przyszła, a porówno z drugimi może i na całym grunciebyś ostała...
— Wam ino jedno w głowie: grunt i grunt, a la mnie tyla stoi, co nic...
— Boś młódka jeszcze i głupia, a pleciesz bele co! Człowiek przez gruntu, to jak bez nóg, tula się ino, tula, a donikąd nie zajdzie. Nie powiadaj tylko nasprzeciw Maciejowi, bo mu markotno będzie...
— Nie będę wstrzymywała w sobie, co mi tam Maciej!
— To pyskujże sobie choćby przed całym światem, kiej nie masz rozumu, a mnie daj spokojnie chleb wysadzić, bo się na węgiel spiecze; zajmij się lepiej robotą, śledzie ano przełóż z wody do mleka, to więcej soli stracą, Józka niech maku utrze, jeszcze tyla do zrobienia, a wieczór ino, ino.
Jakoż i prawda była, wieczór już stał u proga, słońce padało za bory, a czerwone zorze rozlewały się po niebie krwawemi zatokami, że śniegi gorzeć się zdawały, jakby zarzewiem posypane — ale wieś głuchła i przycichała; nosili jeszcze wodę ze stawu, rąbali drwa, to ktoś się śpieszył saniami, aż koniom śledziony grały,