Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uspokajała ją matka, uspokajał mąż wystraszony, chodzili koło niej jak koło tego dzieciątka rozgrymaszonego, głaskali, patrzyli w oczy, nic nie pomogło, wypłakała się dowoli i wnet się w niej cosik przemieniło znagła, bo się podniosła ze skrzyni prawie wesoła, pogadywała ze śmiechem, śpiewać nawet była gotowa, gdyby to był nie adwent!
Popatrzył zdziwiony Boryna, popatrzała matka, a potem na siebie długo i ważnie spoglądali, wywiedli się do sieni, coś tam poszeptali i wrócili rozradowani, weseli, roześmiani i nuż ją brać w ramiona, całować, a tacy byli dobrzy, że stara zakrzyknęła gorąco:
— Nie dźwigaj dzieży, Maciej wyniosą!
— Abo to mi nowina brać i cięższą!
Nic nie rozumiała.
Ale stary nie pozwolił, sam wyniósł, a potem przy sposobności przyparł ją gdzieś w komorze, srodze całował, a radośnie coś szeptał, by Józka nie usłyszała.
— Wam z matką we łbach się poprzewracało, nieprawda co powiadacie, nie!..
— Oboje z matką znamy się na tem, już ja ci mówię, że tak jest. Zaraz, co to mamy. Gody... toby dopiero na Lipca wypadło, w same żniwa... Czas nierychtowny, gorąc, roboty, ale cóż poradzi, trza i za to Panu Bogu podziękować... — I znowu chciał ją całować, wyrwała mu się ze złością i pobiegła do matki z wymówkami, ale stara potwierdziła stanowczo.
— Nieprawda, zdaje się wam ino! — zaprzeczała gorączkowo.
— Nie cieszy cię to, widzę?