Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za robotą Antkową pilnie baczył i stróżował go na każdym kroku, ino przyczepić się nie mógł, bo tamten tak robił rzetelnie, że sam młynarz, któren parę razy dziennie przychodził na robotę, to spostrzegł i przy pierwszej wypłacie tygodniowej postąpił mu na całe trzy złote.
Mateusz się wściekał potem, młynarzowi do oczów skakał, ale ten rzekł:
— Dobryś mi ty, dobry mi i on, dobry mi każdy, któren rzetelnie pracuje.
— To ino mnie przez złość pan jemu postąpił.
— Wart jest tyle, co Bartek, a może i więcej, tom postąpił. Sprawiedliwy człowiek jestem, niech każdy o tem wie.
— A, bo cisnę wszystko do stu djabłów, i niech se pan sam staje do roboty — groził.
— A ciśnij, poszukaj bułek, kiedy ci chleb nie smakuje, idź, tartak poprowadzi Boryna i do tego za cztery złote na dzień! — powiedział młynarz ze śmiechem, bo ano tak z rozmysłem wszystko rychtował, by mieć taniej robotnika.
Pomiarkował się wnet Mateusz, że młynarz nie ustąpi i nie da się nastraszyć, to nie nastawał więcej, schował złość do Antka głęboko za pazuchę, że go tam żywym ogniem piekła, ale la ludzi zrobił się jakby miększym i wyrozumialszym, spostrzegli to wlot, a Bartek splunął na to i rzekł do drugich:
— Głupi jako ten psiak, co nie mógł zgryźć buta, dostał w zęby, to się teraz do niego łasi. My-