Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie mówili już o tem, zbyt to leżało wszystkim na wątrobie i piekło, ino jeszcze Bylica powiedział jąkająco i nieśmiało:
— Znam ja to plemię dziedzicowe z Woli, znam, figla on wam wystroi...
— Niechaj stroi, nie dziecim, to nas nie zwiedzie — zakończył Kłąb.
Pogadali jeszcze o wypędzeniu Magdy przez organistów, o czem Kłąb rzekł swoje.
— Juści, po ludzku to nie jest, ale i szpitala trudno im było w chałupie zakładać, że to im przecież Magda ni swat ni brat.
Pogadali o tem i owem i rozeszli dosyć późno, a na odchodnem Kłąb po swojemu prosto i krótko powiedział, żeby do niego zachodzili, a jak im czego potrza, niech ino rzekną — to czy z leguminy, czy paszy dla jałówki a choćby i te parę złotych — znajdzie się po somsiedzku...
Antkowie ostali sami.
Hanka po długiem wahaniu, po wielu nieśmiałych wzdychach, spytała wreszcie:
— Znalazłeś jaką robotę?
— Nie, byłem we dworze jednym i drugim, przewiadywałem się i u ludzi, a nie nalazłem... — odpowiedział cicho, nie podnosząc oczów, bo choć prawda, że był tu i owdzie, ale o robotę się nie starał, a ino cały ten czas przewałęsał.
Położyli się, dzieci już spały, ułożone w nogach łóżka dla ciepła; ciemność ogarnęła izbę, tylko księżycowe światło lało się przez zamarznięte, roziskrzone