Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam chodziłem w połednie oglądać, piąciu ich musiało być najmniej!
— To ani chybi, na ciężką zimę znak.
— Przecie mrozy dopiero co wzięły i tu już wilki wychodzą...
— Widziałem pod Wolą, na tej drodze za młynem, wiecie, gęsty ślad, jakby całe stado szło naukos drogi, przyglądałem się, alem myślał, że to pańskie psy polowe, a to wilki musiały być... — powiedział żywo Antek.
— Byliście to i w porębie? — zagadnął Kłąb.
— Nie, powiadali ino ludzie, że tną ten przykupny las, przy Wilczych dołach.
— Powiedział i mnie borowy, że dziedzic nikogo z Lipiec wołać nie będzie do roboty, pono przez złość, że się o swoje upominają.
— Któż mu to las wytnie, jak nie Lipczaki? — wtrąciła Hanka.
— Moiściewy, tyla wszędy narodu próżno siedzi po chałupach i czeka roboty kiej zmiłowania. Mało tu w samej Woli, mało to tych kołtunów w Rudce, albo i tamtych smoluchów w Dębicy! Niech ino dziedzic krzyknie, to w jeden dzień stanie paręsto najzdatniejszego chłopa. Póki na przykupnem rąbią, niech sobie rąbią, niech się wspomogą, niewiele tam tego a i dla naszych za daleko.
— A jak nasz bór zaczną?... — zapytał Stacho.
— Nie damy! — rzucił krótko i mocno Kłąb. — Pobarujemy się, niech dziedzic zobaczy, kto mocniejszy, on czy cały naród, niech zobaczy.