Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chórze bękuje a gospodarzom w garście patrzy i żyje tem, co uprosi, lebo co wycygani, do takiego na wyrobek nie pójdę.
— Kto nie ma chęci, ten wie, jak wykręci!
— Nie dogaduj! — wrzasnął ze złością.
— Mówię ci co kiedy, naprzykrzam się, a dyć robisz, co chcesz!
— Do dworów pójdę — mówił znów spokojnie — o służbie się jakiej przewiem, może od godów dostanę, choćby na rataja a pójdę, byle tutaj nie śmierdzieć i krzywdy na oczach nie mieć cięgiem, bo nie zdzierżę. Dość mi tego, dość mi tego ludzkiego politunku i tego patrzenia kiej na parszywego psa... We świat iść, gdzie oczy poniesą, byle ino zdala... byle ino prędko!.. — zaczął krzyczeć i unosić się.
Hanka zamarła w przerażeniu i stała bez ruchu; jeszcze go takim nie znała.
— Ostaj z Bogiem, za parę dni wrócę.
— Antek! — krzyknęła rozpaczliwie.
— Czego? — już z sieni nawrócił.
— A to nawet tego słowa dobrego żałujesz... nawet tego...
— Cóżto, ceckał się z tobą będę, może jamorował! Nie to mi w głowie — zatrzasnął drzwi i poszedł.
Poświstywał przez zęby, wspierał się kijem i szedł raźno, aż śnieg skrzypiał pod nogami, obejrzał się na chałupę. Hanka stała pod ścianą i zanosiła się od płaczu, a przez drugie okno wyglądała Weronka.
— Ścierwa, buczy i buczy — do tego to rozum ma! — We świat! we świat — szeptał i rozglądał się