Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kogo nie boli, temu wszystko powoli. Nie bolała cię bieda, kiejś krowę zmarnował i Żydom na rzeź wydał!
— Hale, ozedrę się pewnie i z lelit ci pieniądze wypuszczę, co?
— Jak te ostatnie komorniki ostalim, jak te dziadaki, ani tej kapki mleka, ani pociechy żadnej! Tylem się dorobiła na swojem, tyle! Mój Jezu! mój Jezu! Drugie zabiegają, jak te woły orzą i jeszcze coś do domu przykupują, a ten ostatnią krowę, com od ojców dostała, sprzedaje... Już chyba ostatnia marnacja przyjdzie, ostatnia! — zawodziła nieprzytomnie.
— Rycz, to ci ano ode łba odciągnie, jakeś głupia i wyrozumienia nie masz! Naści pieniądze, popłać gdzieś winna, kup coć potrzeba a resztę schowaj! — podsunął kupkę pieniędzy, a pięć rubli papierowe schował do pularesu.
— Naco ci tyla pieniędzy?
— Naco! z kijem tylko nie pójdę.
— Gdzie się to wybierasz?
— We świat, roboty poszukam, gnił tutaj nie będę!
— We świat! Wszędzie psi boso chodzą, wszędzie biednemu wiater w kłęby wieje! Sama to ostanę, co? — podnosiła głos bezwiednie i groźnie się przysuwała do niego, nie zważał na to — przyodział się w kożuch, pasem opasał i za czapką oglądał.
— U chłopów robił nie będę, żebym miał skapieć, nie będę! — powiedział.
— Organista potrzebuje do młocki!
— Hale, ciarach jeden, ciołek taki,