Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WYSPIAŃSKI
Przypowieść
Stefanowi Flukowskiemu

I pokazano im Go — przystanęli zgrają,
a mieli wygląd tych, którzy badają.
Jeden z nich rzekł: — Wśród okolicznych szczytów
zdaje się, że zrobiony z tego samego granitu...
wcale nie wyższy... — Drugi dorzucił skwapliwie:
— Jeśli popatrzeć nań, tak, w perspektywie,
to i ja sam go zdołam w całości zasłonić! —
Trzeci, niby w zadumie, palec przyłożył do skroni:
— Nie warto brać go, widać, że jest łatwy,
przelecieć nad nim mogą nawet kuropatwy!

Tak go na oko mierzyli — poprostu —
a każdy za wzór dawał miarę swego wzrostu.

Żeby choć jedna pierś...
żeby choć jedna pierś oddźwiękła głucho
milczeniem... że tam wulkan drga wybuchem,
żeby choć jeden w ogromność uwierzył,
żeby choć jeden miast mierzyć wciąż — zamierzył...
żeby choć jedna pierś...