Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy na pachnące sianokosem łąki?
czy w las, gdzie głucha króluje niemota?
czy w pola, nad któremi śpiewają skowronki?
na ociężały, żniwny łan, czy w błota
zdradzieckie, co się zemkną nad wędrowcem,
tak, jak słowa nad myślą, wpędzoną w manowce?

Gdziekolwiek wiodą — od wezbranej rzeki
szum fal i lasu zapach niedaleki,
pośpiew wiatru podobny do skrzypiec i prosty
jak lot jaskółki, wybrzeże obrosłe
trawą, z pośrodka której wystrzelają osty,
i trud rybaka, robiącego wiosłem,
uległą wodą zmywany dziób łodzi:
— ten świat ukrytym śpiewem mnie uwodzi.

Kto może wiedzieć, czy nie znajdę prawdy
patrząc w wodę, jak w siebie, patrząc na moczary
pełne kwiatów, jak w niebo, białych światów pełne;
kto wie, czy śledząc płynące bezmiary,
po których wicher przegania chmur wełnę,
nie dojrzę siły, która gwiazdy rodzi,
i wiąże, i jak słowa ze słów je wywodzi.

Nocami, kiedy chodzę nieprzytomny,
goni mnie cień mój po murach ogromny,
zabiega drogę, ucieka, znów ściga,