Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


majaczejący w deszczu pień wierzby kaleki,
i wypiętrzone fale, zatrzymane w biegu.
Tak — kiedy burza serce mi zakrwawi,
myśl odpowiada wielkiem milczeniem błyskawic.

Wiem, runie na mnie świat, który rozwala
zmyślone prawdy, jak kruche skorupy
jaj ptasich, który niesie na spienionych falach
zadumanych pływaków niepotrzebne trupy,
który toczy się z grzmotem, jak strumień opiły
od długich deszczów i walący w wieczność
słonego morza czarnoziemne iły
łożyskiem, które rzeźbiła konieczność.
Lecz nim dosięgnie mnie skrzydłem zamieci,
już poprzez siebie wyjdę mu naprzeciw.

A teraz bredzę skroś siebie, przed siebie,
zapoznanemi ścieżkami śród żyta,
po pochłoniętem przez jezioro niebie,
po starym sadzie, który już okwita,
po zwiędłych trawach, podbiałach i chwastach,
po zatoniętych we mnie dawnych miastach,
wpatrzony w siebie, zasłuchany w dzwony,
które tam biją, choć zatopione.

Dokąd te drogi, idące nad wodą,
pokrzywą i łopuchem zarosłe zawiodą?