Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wnet napełniła malinami naczynie; z okopistej pełni staczały się jagody na ziemię... Odetchnęła chwilę, usiadłszy na spróchniałej kłodzie. Patrzała na dół, gdzie potok huczał wartki — i myśli jej chyżo płynęły, jak rwąca fala potoku. Patrzała w las przeciwległy — i głębokie cienie starych jodeł i buków przytrzymywały jej oko, w którem, jak w lesie, głębia smutku się rozścieliła... Patrzała na te posępne piękna czarownego widnokręgu, który szczytami gór z niebem się zlewa, — i dziwnie rozkoszne uczucie, mieszane smutkiem duszy, rozpierało jej piersi, falując za lekką przeźroczą cienkiej koszulki... Usta się rozchyliły, jak dwie blisko siebie wiszące na krzaczku maliny...
W chwilach podobnie czarownych — dzieci ludu słów boją się użyć na wyrażenie swego podziwu dla piękna, które czują... Wówczas pieśnią się posługują, jako mową wyższą, niecodzienną...
A pieśń ta zwykle łączy w sobie i hymn dla piękna natury i własne uczucie śpiewaka, zestawione w prostem, a rzewnem porównaniu.
Dziewczyna siedząca na kłodzie patrzała na piękno, czuła je w duszy, a własny jej smutek przyjaźnił się z posępnymi kolorami otoczenia... Myśli nuciły jakieś dla jej serca dosłyszalne tylko melodje, które urywanemi, tęsknemi zwrotkami popłynęły dźwięcznym głosem ku liściom, wiszącym nad jej głową: