Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Bukowe listecki zwiesiły się w dole —
Pozierają smutnie na moją niedolę...
Oj! na moją niedolę...

Wietrzycek liściami po konarach suści —
Załoś, moja załoś juz mie nie opuści...
Oj! juz mie nie opuści...

Dziewicza skarga leciała po drzewach na równiane łęgi i topiła się w szumie potoku...
— Oj, trza wracać... — szepnęła otrząsnąwszy się z dumań. I pochwyciwszy dzbanuszek zbiegła wartko na polanę i swobodnie, jak sarna leśna, stąpała wydeptanym chodnikiem wśród trawy „suscącej“ i karłowatych jałowców... Na pożegnanie miłej polanie zaśpiewała jeszcze znaną piosenkę

Ej... jak se jo zaśpiewom na środku polany —
Ej — to mi sie odezwią w kościele organy!...

A echo niosło czystą melodję i grało wysokiemi tonami organowymi po bukowym lesie...
Schodząc już ku potokowi, dziewczyna zanuciła jeszcze

Zebych jo wiedziała, kany mój jedyny —
Zaniesłaby jo mu słodziutkie maliny...

Nagle z przeciwnej strony potoka ozwał się na odpowiedź silny, męski głos: