Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie było to złudzenie. Cień zamajaczył w świetle — i jeździec stanął przed chatką. Dojrzał w okienku twarzyczkę dziewczyny, zeskoczył szybko i wszedł do izby. „Na wchodnem“ pochwalił Boga, dziewczyna odpowiedziała. W przybyłym poznała leśniczego ze dworu. Widywała go nieraz na drodze, gdy przejeżdżał, albo też w lesie przy drzewie. Teraz w jej oczkach malowało się pytanie. Nie mogła z przelatujących myśli dojść, pocoby on tu przyszedł. Przecie nieraz mijał chatę, a nie wstąpił...
Leśniczy zaś, obrzuciwszy wzrokiem wnętrze izbiny, zwrócił się do dziewczyny:
— Ty sama?...
— Sama... Przecie wiecie...
— A wiem. Ojciec zginął...
— Oj tak — i fartuch do ócz podniosła.
— Co robisz?...
. — Chodzę do wsi.
— Wystarczy ci na życie?
— Wystarczy... Ale źle, smutno... — Odpowiadała, jak dziecko.
Leśniczy popatrzał na nią. Współczucie widniało z jego poczciwych oczu. Chciał coś wyrzec, zawahał się. Nareszcie począł nieśmiało:
— Do dworu-byś nie poszła?...
Dziewczę pytająco popatrzało na niego.
— No, do dworu — objaśniał — do państwa na służbę. Oni dobrzy. Pokojową panną będziesz...