Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tak mało potrzebuje!... A dla samej jednej — to się i gotować nie chce. Toż maliny są w lesie. Ino że się okropnie cnie... Trzeba do ludzi, koniecznie...
I patrzała w niebo jasne z wyrzutem na swoją dolę samotną... Łzy, jak dwie siostrzyce, spłynęły na ukojenie. Otarła oczy trokiem chusteczki i poczęła nucić pieśń z książki matczynej, którą na pamięć umiała, a i melodję dorobiła sama.
Głos cichy, dźwięczny i czysty płynął skargą przez okienko ku niebu:

Sierota ja, mocny Boże
Bez Twojej opieki;
Jeśli mie ta nie wspomoże —
Sierotam na wieki...

To znowu ufnością się potęgował:

Choć spoglądasz z tak daleka —
Z wysokiego nieba,
Przecie, patrząc na człowieka,
Wiesz — czego mu trzeba...
..................

I powtarzała każda zwrotkę po dwa razy.
Nagle przestała, wychyliła główkę przez okno. Zdala doleciał do jej przeźroczystych od słonka uszu tętent konia. Zdziwienie przejrzało z jej oczu. Tać to tu nikt nigdy nie zaglądał! Droga wiedzie do lasu, daleko od chatki. Któżby się tłukł przez tłoki i ugory?...