Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wali monotonnie naprzemian psalmy pogrzebowe. A lud płakał, „kie sie jegomość z organistom przemowiali...“
Spory pagórek centów piętrzył się na tacy przed trumną. To lud „na ochwiarę“ złożył... „Przecie cent, to nie piniądz, a nieboscykowi sie jako tako dopomoże... Hej!“
I skończyło się nabożeństwo. Trumnę wynieśli z kościoła; za nią szedł zwolna ksiądz w żałobnej kapie, dookoła zaś postępował lud rozpłakany...
Zatrzymali się nad grobem... Ksiądz pokropił i rzucił drewnianą łopatką parę grudek zmarzłej ziemi na trumnę. Lud zaczął szlochać głośno... Kobieta-wdowa z krzykiem rozpaczy rzuciła się ku trumnie, objęła ją czerwonemi od zimna rękami i zawodząc głośno, całowała zimne deski...
— Nie mogliście się w domu wypłakać!... — odezwał się „jegomość“. — Tu już krzyczeć darmo!... — Zaintonował „Salve“ i uważając obowiązek za spełniony równoważnie do zapłaconej sumy, oddalił się szybko, bo mróz nie żartował.
A kobietę ledwo zdołali znajomi odedrzeć od grobu... „Ozcymali“[1] jej jak mogli, a ona ostatkiem łez żegnała „nieboscyka“.

Lud otoczył grób kołem i począł nucić rzewnie, cicho pieśń nagrobną:

  1. Ozcymali = tłumaczyli, perswadowali.