Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zgromadzeni pozierali na chorego, to na siebie, jakby spojrzeniem chcieli mówić: „Hej, juz go niedługo... Tela z tego... Do casu ino“...
A chory zapatrzył się w sufit... Wzrok szklistej barwy nabierał i twarz znieruchomiała, jak oblicza bohomazów, które wiszą na ścianie nad łóżkiem.
Ludzie poczęli się wreszcie rozchodzić, żegnać...
— „Ostańcie z Bogiem!“ — „Krzepcie sie jako!“ — „Z Panem Bogiem!“ — „Dy zeby Bóg doł“... — Krzyżowało się naprzemian.
I chory odprowadzał wzrokiem ku drzwiom każdego, jakby chciał rzec: „Dy jo cie juz nie uźrę więcy!...“

— To padocie, ze umar ten ze zagrody?
— Oj tak, tak. Umar te nocy...
— Wiecne odpocywanie... Niezły to był gazda!... Ha no, i nos tu niedługo... E, siądźciez kumotrze, nie stójcie. Dyć kaz wom tak pilno?...
Stary Jontas postawił stołek sąsiadowi. Ten usiadł powoli...
— O, nika mi sie nie śpiesy. Inoch wom przysed pedzieć...
— To padocie, Bartłomieju, ze te nocy?

— Hej, koło północka. Krzypota[1] go chyciła, ta i zadłowiła na piekne.

  1. Krzypota = suchy kaszel.