Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Oj, ta krzypota... dyć ona nie żartuje, ino, jak sie uweźmie, to i zadusi...
— A to syćko od roboty.
— Ba, od cegozby insego!... Ono ta, jak cłek dźwignie, to tego odrazu nie cuje, ale jak sie potem syćko zezbiero na kupę, to Panie Boze ratuj!
— Hej!...
I starzy dwaj kumotrowie biadali na „ciężką procę“, z pracy zeszli na biedę, a bieda to ulubiony, ba, konieczny temat rozmów górskiego ludu. Powitanie „biedą“ rozpoczynają, a pożegnanie „biedą“ kończą...
O czemże innem mają mówić, kiedy bieda wypełnia treść ich życia...
Ona po kamienistem polu sunie się za gradobiciem, ona do stodół zagląda po nieudałych prawie zawsze żniwach, ona wygląda z każdego kąta w chałupie, ona jest towarzyszką nieodstępną biednego gazdy...
Toć to prawda, że dawniej było niewielu gazdów we wsi, ale każdy wypasał po pięćset owiec na trawiastych pastwiskach. Dziś namnożyło się gazdów — „ot, zycanie, ludzi przybywo“ — a grunta stopniały, rozdrobiły się i rzadko znaleźć gazdę, któryby troje bydląt wyzimował. A komorników mnoży się coraz więcej, którzy ledwie dach mają nad głową, najemników, któ-