Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Poszła wom ona kiedy do kościoła? coby!... W karczmie je było pełno i przy muzyce. Młodzi patrzeli ij w oczy, taj szaleli, bo było za czem!
— E, zaś ta! — zaprzeczyła zazdrosna, młoda wdówka.
— He, nie powiecie, nie... — ciągnął dalej pan organista. — Ni można znowu pedzieć, żeby ij co brakowało... Wiedziała, że była ładna, to i bałamuciła...
— Mój Jantuś ni moze se miejsca znaleźć... Tak go ocarowała ścieklina!... — zawołała podeszła kobieta, krzywiąc gniewem pomarszczoną twarz.
— He, widzicie, widzicie... — mówił organista. — Ino nie wyklinajcie. Ona i tak na boskim sądzie... Skończyło się ij panowanie, skończyło... Zasłyszeliście o tem, co kiesi zaszło, ale nie o wszystkiem! he, nie o wszystkiem.
Ludzie skupili się jeszcze bliżej — pootwierali usta... Pan organista tajemniczo prawił:
— He, jakem chodził po lnie[1], tom koło chałupy Jakóbowej spotkał żyda; tak wom patrzył z pod oka nie swojsko, że mnie aż dreszcz przeszedł po ciele. He, myślę sobie: cosi niedobrze... No i widzicie, dwa dni potem, co zaszło...

— Podobno Jakób był wtedy w chałupie?... — spytała wdowa.

  1. Chodzić „po lnie“ = chodzić za lnem po wsi. Coroczna petycja organisty.