Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dreszcz przebiegł po zgromadzonych.
— Żona Jakóba Osiki zniknęła w dniach tych z własnego domu. Przepadła na wieki!... Życie jej niech będzie dla was przykładem odstraszającym!... Nie dochowała wiary mężowi swemu i Pan Bóg podał ją w szpony złego ducha... W piekle się palić będzie ogniem niewygasłym!... Szatani będą dniem i nocą lać smołę rozpaloną na jej piersi, wzdęte grzeszną chucią cielesną!... Przebaczenia! wołajcie, niewierne żony, sprośne córki! by was ta straszna kara nie dosięgła!... — Tu silnie pięścią zaargumentował na ambonie swoje słowa, aż echo zajęczało w chórze...
Baby podniosły krzyk. Jęk powstał nieopisany, a pleban stał, napawając się wrażeniem, jakie wywarły jego obrazowe słowa... Wielu podniosło lękliwe oczy ku sklepieniu, w przekonaniu, że dojrzą uosobioną w jakiejś nieokreślonej postaci zapowiedzianą karę...
Gdy płacz ucichł, kapłan ciągnął dalej zaczęte groźby i piorunował, posługując się tłustą pięścią, przez całą godzinę.
— Żebyście wy wiedzieli, — mówił — jak srodze męczycie sprośnemi grzechami Pana Boga, toby wam punkt centralny żalu pęknął!...
Wreszcie „kozanie“ się skończyło. Ludzie poczęli wychodzić ciżbą z kościoła. Przed kościołem, i dalej koło szynków, dzielili się na gromadki, żywo rozprawiając o czemś tajemniczo-strasznem,