Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nym, potok owinął się „srezogą...“[1] Kosiarze wracali z lasu, a pasterze spędzali woły, odzywając się po lesie rozmaitemi głosami — to krzykiem spragnionej wiecznie kani, to stłumionem „holokaniem“ leśnych puhaczy... Mrok wyganiał ludzi z polan — od sianograbia... Wszystko ciągło roztoką ku wsi — do chałup...
I w pustej za dnia chacie pod lasem ożywiło się wieczorem. Rózia i ojcowie wrócili z polany, by się wieczerzą pokrzepić, snem odpocząć i nabrać sił do jutrzejszej roboty... Tak bywa codzień... Ludzie tylko myślą, co na jutro, na pojutrze... Do przeszłości któżby się wracał?
Ludzie biedni tylko w przyszłość patrzą; bieda im każe naprzód oczy obracać, z czego żyć, w co się odziać jutro, pojutrze — i tam dalej... Ludzie zabezpieczeni od myślenia o swoim bycie łatwiej mogą myślami w przeszłości postać i łatwiej tracić czas na przeżuwaniu wspomnień, albo żyć tylko wrażeniami teraźniejszości.
I w chatce pod lasem o przeszłości nie było co myśleć. Była ona taka jak i teraźniejszość, a może ciemniejsza. Z przyszłości żąda się zawsze światła, rozjaśnienia mizernego życia... Czy to już jest w naturze, żeby za ciemniami światła się dopatrywać?...

Ledwo ludzie weszli do chałupy — a zaludniła

  1. Srezoga = lekka mgła.