Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kie cie sie boję ozmarkocić...[1] — i wesoła dotąd jej twarzyczka powlokła się smutkiem.
— Powiedz!... Róziu... — prosił chłopak, ujmując ją za rękę.
— Dyć ci powiem. Ojcowie wcora przyśli z jarmarku i zacęli mi raić Walka — wies, tego od Grzędy... Pedzieli, ze mo przyść ze strykem na nomowiny.
— No — a tyś co na to?...
— Prosiłach tatusia, zeby ciebie przyjęli...
— A ociec?...
— Nie doł se ani w myśli przytykać!... Pedzioł tatuś, ze ni mos nic, to cie nigdy nie przyjmą za zięcia... — i rozpłakała się dziewczyna tak rzewnie, boleśnie, że aż Wojtkowi łzy się zakręciły w oczach.
— Dyć nie płac... — rzekł, obejmując ją lekko wpół. — Nie tak znowu straśnie, jak ci sie zdaje. Ociec sie do udobruchać... Mnie przecię ni mo nic do zarzucenio!...
— Coz, kie tatuś patrzą na bogatego zięcia... — mówiło dziewczę przez łzy.
— Ha! Mocny Boze! — zawołał chłopak. — Coz jo temu winien, ze ni mom gruntu?... Dyć przecię pracuję.

— Coz poradzis, kie tako wólo ojca... — smutnie, wątpiąco zagadnęła Rózia.

  1. Ozmarkocić — zasmucić (z czyjej winy).