Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Słodziutkie maliny — słodse twe ustecka...
Przynieś-ze mi przynieś — moja kochanecka!...

Dziewczyna rozśmiała się na głos i przebiegła szybko po kładce na drugą stronę...
Przed nią stał, z kosą na ramieniu, dorodny chłopak, o smagławej twarzy i czarnych oczach, jak głębia potoku.
Patrzeli oboje na siebie, uśmiechając się mile...
— Byłaś na maliny?... — spytał chłopak.
— Ehę!... — a ty dokąd?...
— Na polanę — kosić...
— Naści malin... — i chciała usypać mu ze dzbanka.
— Bóg zapłać!... Zanieś matusi. Jo idę w las — to se uzbierom...
— Bedzies to mioł cas, kiedy siecenie?...[1]
— Choćby przed południem — to skocę do wrębu...
Milczeli oboje chwilę i patrzeli na siebie z uśmiechem.
— Dawnoch cie nie widzioł!... — ozwał się chłopak.
— Edyć tak, Wojtuś!... Nie pozwolają sie mi nika rusyć z chałupy... Boją sie o mnie — cy co... Zreśtą powiedziałabych ci cosi...

— No?... powiedz...

  1. Siecenie = kośba