Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dmiu lat. Tamte były i przeszły, przedać je musieli ku zimie, bo chować niezawdy było czem, a ta się jakoś dzierży w chałupie, jak ta komornica, którą się przyjmie do rodziny i trudno ją oddalać, kiedy już «swoja». Z kimżeby zresztą Błażkowa gadała? Zacnęłoby się jej na piekne, jakby Łysiny, czego Boże nie daj, zbrakło w chałupie. Tak jest przecie ozrywka i jest do kogo czasem uczciwe słowo przemówić, na ten przykład. Bo z ludźmi nie poradzi, nie. Błażkowa dawno z nimi już zerwała. Nawet własnego, rodzonego chłopa «dyabłami» codzień pasła. To też schudł, jak ten święty Marcin w ołtarzu, co tam stoi od niepamiętnych czasów. Łysina zato była tłusta. Pasała ją sama Błażkowa i wodziła poza płoty, gdzie i którędy, wie sam Bóg, na którego się odwoływała, gdy jej kto niechcący zarzucił szkodę.
— On ta widzi, On patrzy, choć On ta wysoko.
Trudno było fantować szkodę, skoro samo oko Boskie chodziło za Łysiną. Z Błażkową nikt jeszcze rzędu nie doszedł.
— Niech ją tam sądzi sam Bóg — powiadali — skoro to widzi...
Złość wielka na Błażkową i na jej Łysinę ustępowała miejsca niemałej uciesze, gdy je słyszano gadające ze sobą, jak dwie kumoszki.
— Patrzcieno się! — wołano w osiedlu — Błażkowa krowę żenie bez ulicę...