Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na to każdy, choćby najpilniejszą miał robotę, przypadał do okna — i widać było przez zadymione szyby stosy głów, mniejszych i większych, układzione na siebie, i roześmiane śniade twarze.
A ona gnała prosto na ugory, nie widząc nic; tak była w sobie zamyślona i zagadana z krową.
— Bolą cię nożeczki, bolą?... Hm... Mocny Boże! Co ja ci poradzę? I mnie haw niebardzo letko iść, a muszę... Nic nie pomoże! Darmo! Tak już trzeba tę biedę nosić po tej ziemi na wieki wieków. Łysince lepiej, niż mnie, bo przecie obuta... Racice się nie zedrą... A mnie się kierpce zdarły doznaku i nima za co kupić. Tak. Trzebaby soli nie kupować bez dwa jarmarki. Musiałaby się Łysinka obejść niesłoną wodą. To lepiej niech już ja boskem chodzę... Na wieki wieków! — rzucała na bok, gdy kto idący pochwalił Boga, i gnała dalej na ugory.
— Kanyż ty idziesz? — pytała się Łysiny — tam trawy nima... Szkoda nawet zębów, Wróć-no sie, wróć!
I Łysina się wracała chętnie i szła powoli przed nią, na popas. Wiedziała, że ją Błażkowa na tłok nie zawiedzie, gdzie ino osty same i skale. Ona tam codzień coś nowego wynajdzie, kany jeszcze nie bywały dawniej. Nie omyliło ją przeczucie i tą razą.
— Pójdziemy se na miedzę — mówiła Błażkowa — do jednostronki... Tam jeszcze nikt nie