Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mimowoli oracz spojrzał na dół i kiwnął głową.
— Nie dopatrzy — powtórzył.
I przechodzili tak po jednemu, po dwóch, i znikali razem ze ścieżką w jałowcach, stadem przysiadłych na stromej uboczy.
Chłopu się orać odechciało. Usiadł na pługu. Chłopiec podbiegł przed matkę, która już była niedaleko.
— Jasiu, nie lećże tak! — zawołała zdala ku rozpędzonemu synkowi.
— Przecie wam ciężko, mamusiu, to poniesę za was choć chwilę... — krzyczy, dobiegając zdyszany i gwałtem chce zdjąć tłómok z ramienia matki.
Ojciec siedzi na pługu i patrzy. Dwie łzy, jak szklisty groch, stoczyły się po zoranej bruzdami twarzy.
— Biedactwo! — szepnął — ledwie łazi, a pragnie matce dospomódz...
Przez łzy patrzał ku nim, jak szli pod górę. Za ich nadejściem otarł je rękawem.
— Szczęść Boże! — ozwała się kobieta, rozjaśniając uśmiechem młodą, ale zbiedniałą twarz. — Jakże ci się tu orze? Bartuś!
— Dyć widzisz — wyjąkał sucho, usiłując zakryć poprzednie rozczulenie.
Zrzuciła tłómok, siadła przy nim i pogłaskała go po szorstkiej twarzy. Chwilkę zabłysły oczy