Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poszła ku kościołu.
Już nie mógł wytrzymać, żeby się nie spytać.
— Idzie ta? nie widzieliście?
— A dyć idzie za nami, hań, koło potoka — ozwał się jeden z nadchodzących.
Chłop spojrzał.
— W samy rzecy!... — rozwidniła mu się twarz. Synek się roześmiał.
— Cóż ta dźwigacie?
— Kukurzycę.
— A wy?
— Ja wziął pół ćwierci pszenice i pół jęczmienia. Zmiesza się, i baba ta skutwasi co na święta, jaką placynę...
— Po kieloż?
— O, dyć drogo, bo na bórg. Żyd nie opuści. A płacić nima czem.
Wszyscy kiwnęli głowami.
— Nima czem...
— Dużo ta ludu u kościoła? — spytał oracz.
— Dyć niemało. Każdy też, niewyczytajęcy, przyjdzie pokłonić się Paniezusowi. Ale największy ścisk, to u Marka. Docisnąć się trudno. Bierą: kukurzycę, jęczmień, orkisz, a mąki, to już niemało worków poszło.
— A to wszystko na bórg?
— Ba, juści! O centa we wsi trudno, a każdy chciałby też na Święta cosi gdziesi, bo się wymorzył cały póst, że brzucha nie dopatrzy...