Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mijają dni za dniami — jednakie, szare, monotonne...
Ludzie chodzą tu i tam, jak owce po ugorach, kiedy padnie rok suchy, trawa nie urośnie i nic się nie zieleni po kamienistym tłoku, nawet i osty poschną, pokruszą się od wiatru, nawet i osty... Jedyna macierzanka rośnie i trujący mlecz. Ale tych owce nie jadają.
Tak ludzie chodzą, jak te owce, szukając paszy po tej ziemi.
Spotykają się, gwarzą, potem znów idą dalej z oczyma utkwionemi w ziemię, szukając, czegoby nie znaleść...
— Byliście tam?... i jakże?... — pytają się wzajem.
— To, co i tu...
— Niema nic?
— Wszędy pustka i pustka i pełno ludzi wszędy...
Przechodzą obok siebie cicho, obojętnie. Nawet głów nie podnoszą, rozmawiając z sobą.