Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to święta, a — wybaccie — goła, nawet zapaski ni ma na sobie.
Myślę se: po co tyz to telo tego na kupie? Wywieźć na jarmark i przedać. Byłoby sporo centów, a tak sie marnuje.
Upatrzyłech se w jednej sali; nieduzy obrazek, co mi sie straśnie spodobał, i chciałech kupić do chałupy. Pytam sie pana:. „Kielo by tyz za ten obrazek chcieli?” Pan sie oześmiał i powiada, ze nie przedadzą. „Jak to? to nie na przedaz?” — A nie — powiada — to ino na pokaz. Zreśtą, powiada, choćbych miał całą wieś, to by mie nie stać było. „Kieloz oni to cenią?” — pytam. — Ze dwieście tysięcy. Myślałech, ze śpasuje. Ale coby! Tak te Włochy umieją panów osukować. Ja se tyz myślę: ,,Niech ze se mają, skoro sie tak drozą”. Juz nawet nie chciałech patrzyć. Błąkałech sie po salach, bo pan jesce ostał jakimsi paniom towarzysyć.
Im dłuzy my tam w tym mieście siedzieli, to bardziej Włochom na gorse wychodziło, boch sie przekonował co dnia, jaki to okpiśny naród. Dyć oni nawet swojego rodzonego cysarza osukują. Jakich oni tam urzędów ni mają! Są tacy, co ino oprowadzają cudzoziemców i za to bierą płacę. Są tacy, co chodzą i nosą przy sobie zygarki, coby sie ich tyz kto nie spytał, ktora godzina — i za to se kazują płacić. Abo taki urzędnik: Chodzi jak dzień długi po mieście, trzyma latarkę na