Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


snurku, zeby do ziemi dostajała, bo mu sie schylić nie chce — i suka, cy kto cego nie zgubił... Słyseliście? Są wreście i tacy — tych najwięcy — co juz całkiem nic nie robią. Bóg lutościwy, ze ich odziewa i karmi, bo jakby na mnie padły rządy, to bych to wsyćko z kretesem wymorzył. „Zyjze hyclu“ — powiedziałbych — „ale ja ci nic nie dospomogę”.
— To oni wam ta musieli setnie dojeść — ozwał się któryś ze starszych — izeście tacy na nich dobrzy. A takeście ładnie ozpocęli...
— No nie, najgorsy cały naród nie jest, to ino tam w ty Florencyi... Wiecie, cym oni nas tam zywili?
— ?
— Ślimakami i bobem; i diabeł wie cem jesce, bo ja sie nie tknął tego.
— Ehę, temu to!
— Podają obiad. Pan osobno je — ja osobno. Naprzódy jakieś pomyje zmącone. Pan odstawia. Przynosą mnie. Powąchałech i mówię: „Weź se”. On powiada. „La zupa kon prosiuto!” — „Ehę, to właśnie prosięciu dej, nie mnie”. Podają drugą potrawę. Pan próbuje widelcem — odstawia. Przynoszą mnie. Patrzę — jakiesi smaty z cyrwonego mięsa. „Ja by ci to jadł? Weź se”. Podają trzecią potrawę. Ta sama historyja. I tak dalej. Wreście hycel przynosi coś zakrytego na talerzu. Patrzę — ślimak jakisi. Ledwoch wytrwał,