Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


juz było duzo nieśmielej, gdych wchodził. Wcora miałech choć trochę przy sobie, a teraz bez grajcara — widziało mi sie, ize kazdy wie o mojej zgubie. Przyjęli mie tak, jakzeby mie piersy raz widzieli, nik wcorajsego nie przybacył, ino nie chcieli ze mną gadać. Co ja do którego, to ten sie odwraca — i tak z koleje. Prosem ich najpiekniej jak mogę — niktora psia nie słysy. W końcu ich juz ze łzami prawie molestuję... Dopieroz na ostatku pokazali mi drzwi — i na tym koniec. Wysełech na ulicę jak całkem pijany. „No to juz amen“ — myślę sobie — „teraz-eś juz, Jędrku, gorsy niz najostatniejsy zebrak. Piniądze djabli połknęli i teraześ juz na boskiej opiece. Kany sie rusys? W jaką stronę? Ani drogi nie wies nazad bez telo krajów, ani o cem iść, choćbyś i na piechty wracał....”
Tak biadałech nad sobą popłakując i błąkałech sie po mieście, zgłodniały. Potem do Pana Jezusa, do wsyćkich świętych, ka jeno jaki jest, mówiłech paciorki, coby sie zlutowali nade mną i wydobyli mię z te biedy.
I, widać, wysłuchał mie ktoryś ze świętych lutośniejsy, bo usłysałech naraz naską, wyraźną mową — ino ze z pańska — zapytanie:
— Skąd-ze wyście?
Aze mi serce skocyło z radości. Pojrzałech, i widzę przed sobą osobę ślachetną — no, pan był jednym słowem, a mnie sie wtedy przywidziało,