Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ze janioł z nieba umyślnie posłany, coby mie zbawieł.
— Ja, prosem pieknie ich miełości jaśnie wielemoznego pana, ze Saflar, od Zakopanego.
— Zaraz-ech was — powiada — po stroju poznał. A coz wy tu — pyta sie — robicie?
Ja mu tyz opedział z kraja całą, jak była, historyję az do ostatka. Wysłuchał grzecnie i powiada:
— No, to coz teraz myślicie?
— Nic nie myślę — odrzekę — ino cekam opatrzności, moze sie zmiełuje...
Popatrzał na mnie, obejrzał mie od kyrpców do kapelusa.
— Ładny — powiada — strój macie...
— E, tak ta, nie ostatni...
Uprzypatrował sie mi jesce, udumał cosi, udumał, wreście powiada z wysoka (juz mi nie dwoił):
— A nie zgodziłbyś sie do mnie za lokaja?
— Hm, cy ja tyz wiem... — odrzekę, a bardzo mi sie niemile zrobiło. Lokaj, to juz najostatniejsa słuzba. Odzywam sie nieśmiało:
— Ja by tyz chciał ku chałupie sie dostać...
— No dobrze — powiada na to, trochę przychmurzony — dostanies sie du domu. Sam cie zawiezę, bo i ja do Zakopanego pojadę tym latem. Ino teraz jadę do Włoch; mógłbyś ze mną pojechać, powiada, przydałbyś mi sie w drodze...