Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


myśli, z którychby się nikomu nie zwierzył, chyba gdyby spotkał człeka do swej upodoby. Hyr szedł po ludziach. O nikim gwary nie było, ino o Jędrzeju Bai. Gdzie się ruszyć, to: „Jędrzej Baja — Jędrzej Baja“ — słyszało się ustawicznie, i zdawało się, że i krowy już i woły na tę nutę ryczą.
O Sabale doznaku całkiem zabaczono; tem łacwiej, że już umarł, a Jędrzej Baja żył. I on też tylko wspomniał o nim czasem:
— Nieboscyk... Boze, świeć mu ta, jak mozes... Narobieł on duzo zła na świecie... I talantu takiego ni miał, jak sie niektórym zdajało... E, tak ta bajał, jak mógł... Zeby zył dziś, to by sie mógł ode mnie przyucyć... nie chwalęcy sie, bo wsyćko w rękach boskich... i talant, i wsyćko, cego ludzie ni mają.
To mawiał głośniej, zaś po cichu trochę se inaczej myślał. Czuł on w rozumie, że po śmierci znowu Sabale trza będzie ustąpić, ale mu ta po prawdzie o to nie chodziło; chciał jeno dożyć, jak Sabała, w poszanowaniu doczesnem.
Tego dopiął uczciwie i znał granice swojego talantu.
Jeno niekiedy cicha obawa go naszła, czy się też, broń Panie Boże, nie trafi człek taki, jak na tenprzykład nieboszczyk Sabała, co by zechciał o tę mizerną sławę hapelować... Wtedy kto wie, jakby było... Ludzie są tacy dziwnie niejednacy...