Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szy raz jest w Zakopanem i pierwszy raz dopiero niby Baję widzi, Baja spokojnie zaprzeczał: „Przecie-ście byli łońskiego lata... nie? Toście se musieli zabacyć".
I nic go w tej drodze ku świętemu celowi nie zrażało. Zaś najochotniej zwracał się ku paniom, jakoby przeczuł w rozumie, iże łacwiej jest u nich powodzenia nabyć i zrozumienia dla swoich talantów. A wreszcie z czasem nabierał i wprawy i dużo składniej już mu się bajało.
Minął rok jeden i drugi — Jędrzej Baja stał się osobą znaną w Zakopanem. Opowiadano o nim po Warszawie — to też panie, z Warszawy tu przyjeżdżające, musiały go koniecznie widzieć, słyszeć, aby znów mogły o nim opowiadać.
Przyjeżdżały po niego fiakrami, zapraszały go na wydziór, tak iż nie starczył wszędy być, gdzie go proszono. Dawał się częstować, poić, nawet uwielbiać się nie bronił — w miarę skromny był, nie przesadzał.
I dobrze mu się wiedło. Coraz częściej zdarzało się, że wśród zgromadzeń większych opowiadał, a słuchali go jak ojca, nikto się na głos oześmiać nie ważył, choć tam i młodzież letkomyśląca bywała. Opowiadania jego krążyły pomiędzy ludźmi, już nawet trafił się taki, co je chciał spisywać.
I sława Bai rosła, a on się wsłuchiwał w nią — bystre miał ucho — i uśmiechał się do swoich