Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żywota dobrze na tej ziemi wiedło: jak go to ludzie honorowali, gdzie zaszedł, jak go to panie z Warszawy zapraszały na wieczór do siebie i częstowały herbatą, koniakiem... Ino mu było żyć, a nie umierać. A to wszystko ino za to, że im Sabała umiał opowiadać. I pomyślał sobie Baja:
— Może by sie puścić na ten talant...
Wiedział on, co prawda, że nie ma w sobie tego składu, co Sabała miał, ale se dumał:
— Spróbować nie zawadzi. Na głupości ludzkiej zarobić, to nie grzych.
No i zaczął próbować. Zaczął zmyślać historje na podobieństwo Sabałowych i nachodzić ludzi, o których wiedział, iże Sabały radzi słuchiwali. Ale mu się zrazu nijak nie szczęściło. Ludzie, skądinąd dobrzy, odwracali się plecami i wyraźnie dawali poznać po sobie, że go słuchać nie chcą. Baja wiedział, co prawda, że te historje nie takie są, jakie mają być, i nie dziwił się, że ich nie słuchają, ale mimo to gniew go na ludzi porywał. Zanadto ich letko ważył, żeby im darować. Nieraz też szepnął dobrodusznie:
— Pockajcie, psie... ja was tu przymusę...
I coraz większej śmiałości nabierał; napadał ludzi całkiem przemęczonych, którzy go radzi nieradzi słuchali; po drodze idący przyznawał się do znajomości z kim tym, aby mieć słuchacza, a gdy ów człowiek zdumiony powiadał, iż pierw-