Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mam szary płaszcz...
— Ach, to znakomicie! Ten właśnie był w szarym płaszczu. Tylko guziki błyszczące... To można łatwo dać przyszyć. Zresztą wszystko w porządku.
Ksiądz Łopatka uczuł, jak wstępują weń nieznane jakieś moce. Uświadomił sobie w tym momencie, kim mógłby być, a przeto kim jest. Poczuł siebie nareszcie.
— Ksiądz jegomość wychodzi — orzekł poważnie, jak przeznaczenie samo, pan poborca.
Ksiądz Łopatka wiedział już, kim jest. Ściągnął brwi w skupieniu groźnym — prawdziwy wódz przed bitwą — i nie gorączkował się, ważył, czym naprzódy uderzyć... Nagle znienacka spadła jego ciężka dłoń na stół jak piorun.
Pan poborca uczuł się zaskoczony. Nie przypuszczał takiego ataku. — Aż tu raz za razem poczęły padać na stół gromy — rzekłbyś: sam bóg wojny miota z chmur niechybne pociski. Pan poborca, aczkolwiek Czapkiewicz, czuł się tym impetem iście napoleońskim księdza do znaku oszołomiony. Próbował się jeszcze bronić, ale już nie zdzierżył. Przegrał z kretesem. Nie była to klęska, ale pogrom. Wagram — Jena — Austerlitz.
— Może jeszcze jedną partyjkę? — pytał dyplomatycznie ksiądz Łopatka, bowiem wiedział z historii, że i dyplomatą był Napoleon.