Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


II.

— Kochasz?
— Kocham!
— Powtórz jeszcze...
— A więc: kocham! kocham! kocham!...
— Mój złoty...
— Iry moja...
Siedzieli na ławeczce, splecionej z białych palików brzozowych — w parku. Dokoła nich i w nich jaśniało słoneczne rano. Byli od paru niedziel zaręczeni.
Długo opierał się temu ojciec panny, nie chcąc mieć, jako kupiec solidny, za zięcia człowieka o zgoła niepewnej przeszłości, bez stałego miejsca zamieszkania.
— Nieznane nazwisko...
— Ależ tanku! Cały świat mówi o nim...
— Coś słyszałem, ale...
— Jakby to papie powiedzieć... On zeksproprjował ogień, na który Olimp miał monopol!
— Sprawa nieczysta, znaczy się...
— Ale-ż najczystsza w świecie!
Nie dawał się przekonać. Dopiero, gdy panna Irys, zużywszy przy pomocy ciotek wszystkie sposoby, sposobiki, oświadczyła, że umrze, rad nierad musiał się zgodzić; nie wcześniej jednak przyzwolił na zaręczyny, aż Prometeuszowi za jego staraniem przyobiecano posadę w banku.