Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co panu? — z przestrachem spytała.
— Nic... mój sęp...
Panna Irys żachnęła się niecierpliwie, lecz, nie okazując głosem irytacji, rzekla z przyjazną perswazją:
— Niechże się pan już nim nie trapi! Dość się pana nagryzł! Kto widział tak się poddawać... I to Prometeusz!... No, nie smęcić się! — dodala cieplej i ujęła jego ramię.
Niepokój gasł w jego oczach i nikło jego osępienie pod ciepłem jej słów serdecznych. Bezwolnie postępował obok wśród mroczniejącej już równiny.
— Niechże mi pan da rękę... Tak tu dziko...
Spełnił rozkaz posłusznie.
— A więc ten sęp wciąż pana straszy... Brzydkie ptaszysko! Doprawdy, jestem zazdrosna. Ani jednej uwagi dla mnie. Cała myśl tam — przy Gewoncie... Nie, tego nie zniosę! — mówila w naiwnem zadąsaniu. — Sępa każę zastrzelić...
— O!
— Tak, z zazdrości, zapowiadam... A potem weżmiemy się do pana Prometeusza!... Ranę wyleczymy... smutkowi nie damy przystępu...
— Zatem nowe więzy? — rzekł żartobliwie.
— Jedwabne... Trudniejsze do przerwania...
— O bogowie! Niezmienne są wasze wyroki...