Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Potem wsiedli do płaskiego pojazdu i złożyli kosze z prowiantem, oraz słomą Oplecione, pękate flaszki, okrywając je świeżemi liśćmi. Hans Alienus, żwawy i roześmiany, chwycił konopne lejce.
— Czemuż tak ciągle wołasz na woły? — spytała Betty.
— Użyłbym bata, gdybym w zaprzęgu miał dwu rzeźników, nie mogę jednak przecież bić skrępowanych, a przeto bezsilnych zwierząt. Dlatego usiłuję skłonić woły słowami do galopu.
— Nie wiedziałam — rzekła, — że woły mogą galopować.
Almerini dobył z kieszeni na piersiach dużej harmonijki ustnej.
— Dziwiłoby mnie bardzo — zauważył, — gdyby woły nie ruszyły galopem, gdy powozi Hans Alienus.
Przyłożył harmonijkę do ust i zaczął grać! Wołając ciągle, popuścił Hans cugli, a błyskające złoconemi rogami zwierzęta ruszyły w istocie galopem, minęły ostatnie winnice i pognały ku błękitnym rozłogom Kampanii.