Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zniszczyłem je sobie właśnie w tej piekarni!
— Otrzep pan przynajmniej mąkę z rękawa. Na ramieniu masz pan też odcisk umączonej dłoni.
Hans Alienus spróbował obrócić głowę na bok, by zobaczyć plamę.
— Tak żywa fantazja, jak panny Betty, — mruknął nieco zmieszany — to w istocie rzecz zgoła nie współczesna! Możebyśmy wszyscy wysiedli i splądrowali potrochu ten sklep? — dodał.
Elena odparła poważnie, że tego czynić nie wypada, i oburzała się nieco, ale słowa jej uderzyły w Betty jak prąd elektryczny.
Oświadczyła, że nic sobie nie robi z tego, co nie wypada. Elenę nie powinno obchodzić, co mówią ludzie, zwłaszcza, że nie mówią nic, gdyż nikogo nie interesuje, czy wejdą, czy nie, do piekarni. Nie miała nic przeciw pożywnemu, pszenicznemu chlebowi po miłej uczcie duchowej w Watykanie.
Betty i Giggja wysiadły, zaś Elena stawiała opór, spoglądając pytająco na Jasona. Wzruszył ramionami na znak zupełnej uległości, zaś Giovanni stał u drzwiczek z galonowanym kapeluszem w ręku i spuszczonemi oczyma, nie wyrażając swego zdania, ale poprzestając na winnem posłuszeństwie.
Betty nie przestawała namawiać i kłuć ostremi słowami. Cóż jest w tem niebezpiecznego, jeśli się w biały dzień wejdzie do piekarni? Oświadczyła, że poto przybyła zagranicę, by być wolną i niekrępowaną.
Elena wyraziła zapatrywanie, iż nie jest zagranicą, ale w domu, niestety jednak, nie mogąc podołać walce, odłożyła książkę do nabożeństwa i wysiadła niechętnie, a Jason za nią. Gdy wszyscy weszli, Hans obrócił się na obcasie i zawołał na woźnicę: